Przeskocz do treści

Wywiad z o. Terezjuszem od św. Agnieszki OCD (Józef Zieliński)

Przeprowadzony przez o. Otto od Aniołów OCD (Jakub Filek),
w dniu pogrzebu o. Anzelma Gądka OCD, Łódź, 18 października 1969 r. (fragm.)

Proszę podzielić się z nami wspomnieniami z pobytu w Kolegium Międzynarodowym, gdzie Ojciec Wielebny za czasów rektoratu o. Anzelma był profesorem. Mniej więcej, jak się przedstawiał o. Anzelm jako człowiek, jako zakonnik, jako przełożony. Jaka była jego postawa względem profesorów i studentów, co głosił w naukach duchowych i co Ojciec uzna za godne uwagi.

(...) Nasz o. Anzelm był naprawdę człowiekiem wyjątkowym. Jego głęboka inteligencja i jego sposób patrzenia na życie był naprawdę niezwykły. Jako człowiek przede wszystkim był lubiany. (...) Jako człowiek miał w sobie coś, co pociągało ku sobie. Nawet często chodziłem z nim na przechadzkę i tam spotykaliśmy nawet dzieci i jakoś dzieci lgnęły do niego. On umiał jakoś przemówić do tych włoskich dzieci nawet, które były tak bardzo roztrzepane, żywe, naturalnie nie złe, ale dobre i czułe na każdy odgłos ojcowski, i on właśnie to pokazywał i świeckim, i obcym, a szczególnie już nam w domu. Jako człowiek, jako zakonnik to naprawdę był bez skazy. Lubił życie zakonne, sam je praktykował i uczył nas jako studentów, jako profesorów też żyć tym pełnym życiem zakonnym. Był tym przełożonym, który naprawdę nie działał w ten sposób, żeby to jarzmo, które każdy zakonnik przyjął na siebie, stawało mu się cięższym, tylko raczej starał się ulżyć w dźwiganiu tego jarzma.

Tu właśnie zahaczamy o ten punkt jako przełożony. Jako przełożony naprawdę był ojcem. Nieraz na kapitułach, naprawdę jak ktoś zasłużył, to bardzo ostro występował, ale zawsze później starał się pocieszać i zachęcać. Nigdy nie działał w sposób, żeby kogoś przygnębić, ale raczej żeby wpłynąć na niego, żeby się podźwignął i starał się z większą gorliwością spełniać swoje obowiązki. (...)

Jako rektor starał się bardzo o wysoki poziom studiów. Nie zaniechał niczego, żeby zachęcić tak studentów do uczenia się, jak i profesorów do nauczania. (...) To jego podejście do tych studiów wyrobiło mu naprawdę opinię jako człowieka-pedagoga, wielkiego pedagoga. Nawet wśród świeckich ludzi, a najbardziej wśród profesorów innych Zakonów miał wielkie poszanowanie. Sam fakt, że Ojciec Święty mianował go swoim delegatem w wizytacji seminariów biskupich w Polsce i później w Rzymie, świadczy o tym, jak on wysoko był ceniony przez samego Papieża. (...)

Jakie poglądy, doktrynę reprezentował Ojciec Anzelm w swoich naukach duchowych?

(...) Nasz Ojciec Anzelm w tych naukach duchownych co tydzień, w piątki, miał przemówienie do nas wszystkich w języku łacińskim i to w języku naprawdę eleganckim, można powiedzieć. Nie mówię całkiem klasycznym, cyceriańskim, ale łacina jego bardzo była wyraźna i przemawiająca do umysłu i do serca. Tak, że wszyscy bardzo podziwiali jego nauki. Najbardziej – zdaje mi się – był zamiłowany w listach św. Pawła i właśnie z tych listów najczęściej cytował nam i starał się wykazać tę naukę chrześcijańską jako chrystocentryczną. Chrystus jako centrum, do którego mamy dążyć, którego mamy naśladować. Często widziałem na rozmyślaniu miał przed sobą otwartą Biblię w miejscu, gdzie są listy św. Pawła, wczytywał się w to i naturalnie żył tym i to, czym żył, to nam też udzielał. Myślę, że wszystkie jego nauki były spisane i może są jeszcze w manuskryptach. To byłoby wielkiej wagi, żeby udało się właśnie te wszystkie jego nauki wydać nawet drukiem dla potomności, bo naprawdę swoją głębokością, swoim ujęciem zasługiwałyby na to.

To, co mówię, nie mówię tylko od siebie – on był moim przełożonym bodajże przez 20 lat – zawsze go szanowałem i kochałem, bo naprawdę miał to podejście ojcowskie, nawet jak człowiek, czasem przez słabość, czy zapomnienie coś niestosownego zrobił, to jednak tak poradził, tak potrafił pokierować, że człowiek sam musiał uznać swoją wadę, swoją winę, upokorzyć się i on wtedy widząc te pokorę starał się podnieść człowieka na duchu, starał się przemówić do człowieka, żeby nie wpatrywał się w swoją słabość, tylko z tej swojej słabości wzniósł swoją myśl ku Bogu i prosił o pomoc, aby stawać się coraz lepszym i to naprawdę było bardzo zachęcające. Chcę podkreślić to, co mi mówił tylko od siebie, bo słyszałem, gdziekolwiek on był, czy wizytatorem w Belgii, czy w innych krajach, to wszyscy zawsze pisali później i chwalili te jego ojcowskie podejście, ten jego sposób wyrażania się po łacinie; tak, że każdemu zdawało się, że on przemawia w ich własnym języku i do ich serca.

A jakie miejsce w jego nauce duchowej miało nabożeństwo do Dzieciątka Jezus?

Jak przychodziło Boże Narodzenie, naprawdę widać w nim było jakąś atmosferę dziecka, rozczulał się, jak była przy tym kapituła, to zdawało się, że nie jest to tylko po to, żeby kogoś zganić, tylko żeby zachęcić. Była wprost naprawdę ta czułość i ta jakby dziecięca radość. Na Boże Narodzenie starał się wszelkimi sposobami ten okres urozmaicić, czy to nawet podarkami, zawsze starał się żeby było drzewko, choinka, żeby każdy był zadowolony. Sam pracowałem nad tym, żeby żłóbek był w postaci groty, nie w postaci szopki, jak to w naszym kraju, tylko tak po rzymsku, grotę się robiło, specjalne światło. Nie żałował na to.

W okresie Bożego Narodzenia te kolędy, jak chodziliśmy z Dzieciątkiem Jezus z refektarza, czy do refektarza na rekreację, to on zawsze pierwszy wyśpiewywał te kolędy, które kantorzy zaintonowali. Naprawdę było w nim widać całe rozpromienienie, całą radość tego święta. W swoich naukach, począwszy od Adwentu, zawsze nas przygotowywał to tego przyjścia Zbawiciela, zawsze powtarzał, że to Boże Narodzenie dla nas nie powinno być tylko pamiątką historyczną jakiegoś dnia, ale to ma być przeżycie w naszym sercu, żebyśmy przygotowali nasze serca do narodzin Dzieciątka Jezus w naszym własnym sercu. Betlejem, mówił to są nasze serca. Dziś Chrystus tak samo jak kiedyś w Betlejem realnie się urodził, tam samo winien rodzić się w naszym sercu i powinniśmy zawsze [to] ponawiać, by ciągle mieć Dzieciątko Jezus w naszych sercach. Naturalnie, że on to mówił językiem tak czułym i tak przekonywującym, że dzisiaj będzie trudno oddać to wszystko, ale jeszcze czuję to, jakbym dzisiaj słyszał jeszcze ten jego głos w okresie Bożego Narodzenia. Okres Bożego Narodzenia w Kolegium, mimo tylu narodowości, tylu charakterów nie tylko indywidualnych, ale też nacjonalnych, to jednak w tym dniu dzięki naszemu o. Anzelmowi czuliśmy się naprawdę związani jakby w jednej rodzinie. (...)