Przeskocz do treści

„Szukajcie na pierwszym miejscu
królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego,
a reszta będzie wam przydana”. (Mt 6, 33)

Przecudna jest treść dzisiejszej Ewangelii św. i piękny sposób, w jaki ją Pan Jezus wypowiedział w czasie swojej długiej przemowy na górze. Bóg Ojciec, dając przykazania Izraelitom, występuje na górze Synaj z całą wspaniałością, ale równocześnie i grozą potęgi swojej. Zjawia się wśród grzmotów, piorunów, błyskawic, siejąc przerażenie i trwogę. Inaczej Pan Jezus – w słowach pełnych słodyczy, dobroci, łagodności i łaski przedstawia zebranej gromadce, że błogosławieni są cisi i pokorni, płaczący i smutni, a następnie poucza ich, że nie można dwom panom służyć, lecz jednemu tylko. Bo jednym z tych panów – to Chrystus, Pan światła i dobroci, i nieskończonej świętości; a drugi to duch ciemności - szatan.

(...) Bo cóż to znaczy służyć? Służyć to znaczy podporządkować swą wolę, rozum, uczucia i siły czyjejś woli. A więc, jeśli służymy Bogu i służymy tak, jak tego uczy katechizm, całym sercem i wolą, rozumem i wszystkimi siłami, jeśli nasze ręce i nogi, oczy, uszy i język nie mają innego celu, prócz chwały i służby Bożej, to nasza wygrana.

Ale kto z nas tak Bogu służy? Kto Mu się oddał cały bez przymieszki interesów ziemskich? (...) W dzisiejszych zwłaszcza czasach, kiedy świat tak zmaterializowany, kiedy ludzie z całą zachłannością i wszelkimi sposobami starają się zdobyć pieniądz, majątek, grunt, dom itd., kto służy Bogu wyłącznie?

A czyż grzeszne jest nabywanie majętności? Nie, - ale to zależy od sposobu, w jaki się to czyni i od celu, jaki się ma na oku. Bo pamiętać należy, że nie można równocześnie służyć Bogu i czartowi, Chrystusowi i mamonie. Pan Jezus zresztą pozwolił troszczyć się o dobra ziemskie, ale nie zanadto, i dlatego dał nam ten przykład w dzisiejszej Ewangelii o owych ptakach niebieskich, co nie sieją, ani orzą, ani zbierają. „Nie troszczcie się o to, co będziecie jedli, ani co będziecie pili, ani w co się będziecie przyodziewać” (Mt 6, 25). Już na samą myśl o ptakach, umysł nasz podnosi się w obłoki, w górę ku Bogu, a jeśli przypatrzymy się życiu tych ptasząt, to widzimy je fruwające, rozśpiewane... (...) O ileż one lepiej od nas pełnią wolę Bożą? Uczmy się od nich! Modlitwą, pracą wznośmy się w górę, myślą „fruwajmy” ku Chrystusowi, ku niebu, a Pan błogosławić i troszczyć się o nas będzie.

W latach wojny miałem styczność z różnymi ludźmi, słyszałem płacze, lamenty i narzekania sierot, matek i opuszczonych, ale najmniej skarg wychodziło z ust tych, którzy byli najubożsi - w cichości i weselu ducha, z pokorą, z miłości ku Bogu los swój znosili. Toteż im najlepiej się działo i nimi bezustannie opiekował się Bóg.

(...) Służcie Bogu jak te ptaszęta, jak te lilie polne, które tak są odziane, że ani Salomon w całym blasku swej potęgi nie był otoczony takim przepychem, jak jedna z nich. Cudne i skromne wyrastają z wód i ziemi, nie świecąc nagością, ale cnotą skromności. (...) Uczcie się na wzór lilii prostoty i skromności. Boga szukajcie, Jego przykazań i praw, miłujcie Go nade wszystko, a bliźniego jak siebie samych! Miłujcie Boga nie jak poganie, bo ci materialnej szukają strony. Bo jeśli od najdawniejszych czasów przejdziemy historię ludzi i ludów, zobaczymy, że tam była świętość, gdzie panem był Bóg – przykładem Abel; tam zaś rozpoczynały się cierpienia, nieszczęścia i walki, a na koniec zwyciężał szatan, gdzie człowiek zaczynał oddalać się od Boga, a gonić myślami za interesami własnymi. Bo inne są interesy Boga, inne szatana, inne nieba, inne ziemi. Szukajcież tedy przede wszystkim Boga, Królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego (por. Mt 6, 33), a tak znajdziecie i niebo i ziemię. Amen.

Sługa Boży Anzelm Gądek OCD, Kazanie niedzielne, 1920 r. (fragment)

Przesuwamy w tym miesiącu różaniec w rękach naszych, tajemnice radości, tajemnice bólu, tajemnice chwały. Są te tajemnice różami duchowymi – kwiatami, które ofiarujemy Panu Jezusowi przez ręce Jego Matki Najświętszej. Słowo różaniec pochodzi od róży.

W tymże miesiącu, to jest dziś, obchodzimy uroczystość św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która sama była wybraną różą, kwiatem, a życie jej sypaniem róż w postaci każdego aktu, nawet najdrobniejszego. Ta mała święta, królewna, jak ją nazywał jej ojciec, prowadzi za sobą cały zastęp dusz na drodze dziecięctwa, czyli uczy praktyki, by z Ojcem w niebie i z Matką Najświętszą obcować jak małe dzieci, wykluczając z dziecięctwa wszystko, co jest niedoskonałe, kapryśne, dziecinne.

Uczy porywać się nie na wielkie rzeczy, ale małe, codzienne, powszednie, i doskonale w sposób nadprzyrodzony je wykonywać. Więc najpierw z pokorą, potem z poczuciem własnej niemocy, czyli ubóstwa duchowego, potem z ufnością, opierając się na łasce, potem z miłością jak dziecko, z oddaniem się Miłości Miłosiernej, wreszcie z tą prostotą i szczerością dziecka, bez zakłamania, udawania. Teresa odwaliła zawaloną drogę do nieba.

Wspomniałem o tajemnicach różańca. Jej życie było złożonym różańcem we czci Dzieciątka Jezus i Jego Matki. Trzy części składają się na jej życie: radość, boleść i chwała.

Radość dziecka – stosunek Teresy do Boga w cnotach: pokory, poczuciu niemocy, z ufnością, z oddaniem, z miłością, z ofiarkami – a wszystko to z uśmiechem. Sama opowiada o uśmiechu Matki Najświętszej.

Druga część, to boleść. Ciężka choroba w dzieciństwie, trudności wstąpienia do klasztoru, cierpienia w klasztorze: choroba Ojca, choroba Teresy i powolne konanie– a mimo wszystko uśmiecha się. Nie wiedziałam, że można tyle cierpieć. Kończy życie w bólu z miłością: O Boże, jakże Cię kocham!

Chwała – zaledwie zakończyła życie, gdy przeczytano jej Dzieje duszy, jej małą drogę, cały świat chrześcijański się zachwycił, co za Święta! Nieznana, nic nie uczyniła wielkiego, a taka chwała. Jak obiecała, sypie różami, wyprasza łaski, uśmiecha się z nieba. Niebem moim jest dobrze czynić na ziemi.

Drodzy w Chrystusie,
wstąpcie i wy na tę drogę radości, cierpienia i chwały.
Wszak:
gdy radość w domu – są kwiaty – róże,
gdy ból dokucza czy śmierć nawet kładzie - są kwiaty – róże,
gdy ktoś obchodzi chwałę, godności – są kwiaty,
uczyńcie z życia waszego radość w służbie Bożej,
uśmiechajcie się do Boga, gdy ból wam dokucza,
a zapewnioną będziecie mieli chwałę – Niebo.

Droga dziecięctwa wszystkim przystępna – droga pokory, droga słabości ale i ufności – droga miłości i oddania się a to wszystko w prostocie, w szczerości wiary. Dlatego modli się Kościół i my się modlimy dzisiaj.

Sługa Boży Anzelm Gądek OCD,
Przemówienie na poświęcenie obrazu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Łódź, 3 X 1960.

 

  Nawet pobożni dziwią się, dlaczego Teresa od Dzieciątka Jezus jest tak kochana i wzywana, i zdaje się im, że za wiele jest tej czci, jaką odbiera Dziewica z Lisieux. Gdy jednak ktoś głębiej się wczuje w dzieje tego „maleńkiego kwiatka”, gdy wczyta się w ten jeden prosty, a tak szczerze Boży kantyk jej życia, dziwić się będzie, dlaczego Teresa nie jest jeszcze bardziej kochana. Bo życie tego kwiatka, to nic innego, jak rozradowane Magnificat ku czci Boga i ku czci Matki Najświętszej, w którym rozwijają się do wyżyn niedościgłych: wiara, ufność i miłość, cudowną wprost prostotą dowodząc, jak będąc maleńką, można podobać się Najwyższemu.

To dziecko Karmelu porywa dusze nie ilością swych cudów, lecz najpowszedniejszym z cudów, że świętość polega nie na wielkości uczynków, lecz na wielkości miłości w najdrobniejszych rzeczach. Pokorne Magnificat Niepokalanej Dziewicy Maryi: to treść życia Teresy. Miłość jej złoci tak heroiczne ofiary, jak codzienność dnia zwyczajnego, podobnie jak słońce barwi swym blaskiem zarówno szczyty gór w śnieżystą odziane szatę, jak i niskość kwiatka ukrytego w dolinach.

Gdzież Teresa wyczuła piękność doskonałości tak wysokiej, a przy tym tak prostej i Bożej? Sama się nazywa kwiatem Maryi. Maryja była formą jej świętości; na wzór Matki Jezusowej stała się najmniejszą służebnicą, żyjącą według słowa Ewangelii: „Jakże proste jest życie Maryi!” W tej to formie i miłości Maryi znalazła Teresa świętość tak wysoką, a tak wszystkim przystępną, bo cóż łatwiejszego jak naśladować Matkę?

(...) Od maleńkości jest między Teresą a jej niebieską Królową serdeczność dziecięcego współżycia. Pomińmy szczegóły, które z takim artyzmem opowiada o swym nabożeństwie majowym, o dwóch świeczkach, przejdźmy w milczeniu nad jej pierwszą spowiedzią, z której tak dobrze pamięta naukę spowiednika i postanowienia, by jeszcze goręcej kochać Królową nieba, zostawmy jej dziecięcy rachunek sumienia, w którym pyta, czy Maryja była dziś z niej zadowolona, niepodobna przecież pominąć pierwszego spotkania Dziecka z Matką Najświętszą, spotkania, które możemy to twierdzić, stało się źródłem jej duchowego dziecięctwa. Opisuje je w Dziejach duszy.

W chorobie „nie znajdując pomocy na ziemi i umierając z boleści, zwróciłam się do mojej niebieskiej Matki, prosząc ją z całego serca, by się wreszcie nade mną zlitowała. Nagle statua się ożywiła. Dziewica Maryja stała się tak piękna, tak piękna, że nie mam wyrazów na oddanie tej piękności niebieskiej. Oblicze jej tchnęło słodyczą, dobrocią, czułością niewypowiedzianą, ale do głębi przejął mię zwłaszcza jej zachwycający uśmiech! Na ten widok znikły wszystkie moje utrapienia, łzy wytrysnęły mi z oczu, były to łzy niczym niezamąconej, niebiańskiej radości! Najświętsza Dziewica postąpiła ku mnie... uśmiechnęła się do mnie... O, jakże jestem szczęśliwa, pomyślałam, ale nikomu o tym nic nie powiem, bo moje szczęście zniknęłoby bezpowrotnie...” Teresa została uzdrowiona.

Zdarzenie to zestawione z całością jej życia tłumaczy nam tajemnicę jej dziecięctwa duchowego, tego codziennego uśmiechu wśród najtrudniejszych ofiar i cierpień, jakie dawała Bogu, rzucając ustawicznie róże. Uśmiech Maryi stał się dla niej wiosną majową, w której mnożyły się jej cnoty, a męczeństwu jej wewnętrznemu towarzyszyła radość cichego zaparcia. Łaska ta odnowiła się przy jej pierwszym spotkaniu się z Jezusem, przy Komunii świętej. Jakże rzewnie i serdecznie wspomina przy swym ofiarowaniu się w ten dzień Matce Bożej ten jej uśmiech: „Wspominałam na jej widzialny uśmiech, który mnie wtedy uzdrowił. Wiedziałam dobrze, co jej zawdzięczam... Wszak to ona dziś z rana złożyła w mym sercu swojego Jezusa, ów kwiat polny i lilię padolną”.

Są przy klasztorach Karmelu ogrody zamknięte, w których zaciszu oddane Bogu dziewice zażywają czasem świeżego powietrza. Nie o tych ogrodach tu mowa, lecz o tym mistycznym, w którym kwitną kwiaty Bożą zroszone rosą i Bożą hodowane ręką. Teresa z ziemi bezwodnej przeszła do tego ogrodu i oddała się w ręce niebieskiej ogrodniczki. Maryja umieściła ją w nim nad obfitym źródłem wód i sama objęła troskę o to dziecko swoje, któremu już tyle względów wyświadczyła.

(...) Teresa, opisując swe szczęście mówi: „Maleńka, nowo narodzona Maryja ofiarowała małemu Jezusowi swój mały kwiatek. W dniu tym wszystko było maleńkie... wielkie tylko były łaski, które otrzymałam...” Jakie to były łaski? Wskazuje je dalszy ciąg jej życia, wzorowany na Maryi i na jej życiu prostym. Nie tyle sama się doskonali, ile pozwala się urabiać swej Matce. „Wyobrażałam sobie moją duszę, jako leżącą odłogiem, i prosiłam Matkę Najświętszej, aby ją oczyszczała od niedoskonałości”. Życie jej zakonne rozwija się w swej prostocie, jako naturalne obcowanie ze swoją ukochaną Matką. Gdy cierpi, gdy się cieszy, gdy wielkie myśli snuje o misjach, gdy duszami nowicjuszek kieruje i przegląda ich myśli, szuka rady u swej Matki. W największym swoim opuszczeniu i oschłości największą jej siłą i modlitwą jest Zdrowaś Maryjo. Maryja była formą jej świętości. Sama to stwierdza i streszcza:

„Jak skończy się historia małego kwiatka? Może będzie zerwany w całej swej świeżości i przeniesiony do innej przystani?... Nie wiem, ale pewna jestem, że miłosierdzie Boga zawsze mu towarzyszyć będzie i że nigdy nie przestanie błogosławić Matki, która go dała Jezusowi. Na wieczne czasy cieszyć się będzie, że jest jednym z kwiatów Jej korony, na wieczne czasy śpiewać będzie ze swą Matką ukochaną pieśń zawsze nową, miłości i wdzięczności”.

Miłość Teresy do Matki Boga rośnie od pierwszego uśmiechu aż do ostatniego spotkania, gdy padół jej zamieni się w krainę żyjących. Lecz w miarę zbliżania się tej chwili dusza jej przechodzi przez prawdziwy czyściec mąk zewnętrznych i wewnętrznych. Udręczona czuje nieprzyjaciela przy sobie: „Szatan jest przy mnie, a ja nie mogę się modlić... Mogę tylko patrzeć na Najświętszą Matkę wymawiając imię Jezus”.

Rzadko spotykamy u największych nawet czcicieli Maryi tak proste, a zarazem tak głębokie myśli o niebieskiej naszej Matce, jak u Teresy. Mówiło tu serce dziecka. „O, jakże kocham Maryję! Gdybym była kapłanem, jakże pięknie mówiłabym o Niej! Przedstawiają Ją zwykle, jako niedostępną i niedościgłą, gdy należałoby raczej ukazać, że jest łatwa do naśladowania. Jest Ona bardziej Matką niż Królową! Dziewica Maryja! Jakże proste wydaje się mi Jej życie!” Tak, bo dziecku życie Matki zawsze wyda się proste.

(...) Ostatnie jej chwile są śpiewem dziecka do Matki i uśmiechem miłości do Niej. Gdy jej nie dano pozwolenia na śmierć, jak o to prosiła, rzekła: „Niczego się nie dopraszam, byłoby to opuścić drogę zgadzania się z wolą Bożą, proszę tylko Matkę Najświętszą, by przypomniała Panu Jezusowi nazwę Złodzieja z Ewangelii, niech nie zapomni mnie ukraść...” Jezus zbliżał się rzeczywiście, 30 września, nad ranem, powiedziała do sióstr, spoglądając na statuę Maryi: „Modliłam się do Niej gorąco, ale było to konanie bez promyka pociechy!” Pociecha była blisko. Maryja zeszła z nieba, by zabrać dziecko i oddać je Jezusowi. Głos dzwonu na Ave Maria zwiastował Jej przybycie. Teresa z niewysłowioną miłością spojrzała na wizerunek Niepokalanej swej Matki; zdawało się, że śpiewa hymn wiosenny, w którym ranna jutrzenka rumieni się zorzą wieczorną!... Grot miłości Boga i Maryi zadaje jej ostatni pocisk: „O, jakże kocham Boga... Kocham Cię...” A potem podniosła oczy, pełne zachwytu i niebiańskiego pokoju, ku Matce Najświętszej... A potem już oko nasze nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce nasze nie pojmie, jaką chwałę Maryja zgotowała swojemu Dziecku!..

Na grobie zakwitły lilie, z nieba posypały się róże, a ich woń napełnia świat. Niektórym zdaje się, że krzywda dzieje się Matce Boga, bo Teresa jest za wiele wzywana. Słuchajmy samej Teresy: „Mówiono mi, że Jej blask (to jest Maryi) zaćmiewa wszystkich świętych, jak słońce wschodzące swym blaskiem zaćmiewa gwiazdy. Mój Boże, czy to możliwe? Matka miałaby umniejszać chwałę swych dzieci? Ja myślę zupełnie przeciwnie, mam przekonanie, że Ona właśnie pomnaża chwałę wybrańców nieba”. Czy to prawda? Niech sądzą o tym wierni słudzy Maryi i czciciele Teresy od Dzieciątka Jezus!

Zob. Mała droga dziecięctwa duchowego, Łódź 1997, t. 1, s. 68-77.

Zakon karmelitański czci Matkę Najświętszą w Litanii pod wezwaniem Królowo, Ozdobo Karmelu, módl się za nami. Wezwanie to jest krótkim streszczeniem wszystkich dobrodziejstw Maryi, tak hojnej dla dzieci Karmelu i streszczeniem miłości, z jaką Zakon odnosi się do swej najukochańszej Pani, Matki i Opiekunki, jest wyrazem stosunku, jaki zachodzi między tą Matką a Jej uprzywilejowanymi dziećmi. Wszyscy czujemy potrzebę, by kochać i być kochanymi; jest to konieczność, której nie możemy zaprzeczyć, nie kłamiąc własnemu sercu. Niepokój bowiem serca na tym polega, że nieustannie pragnie albo kochać, albo być kochanym, i niepokój ten znika dopiero wtedy, kiedy serce upewni się całkowicie o tej podwójnej, niczym niezamąconej miłości.

Zaspokojenie tego naturalnego, a jednak największego pragnienia, znajdujemy częściowo w stosunku mniej lub więcej bliskim, jaki zachodzi między osobami nam drogimi i umiłowanymi; na przykład łączność, jaka zachodzi między matką a dzieckiem, należy do najwyższych i najświętszych, tak, że dziecko pozbawione matki daleko więcej jest osierocone, niż po utracie samego tylko ojca. Ponieważ jednak miłość ludzka, choćby najwznioślejsza, nie zaspokoi naszego serca i dąży z konieczności do samego źródła, to jest do Boga, więc my wszyscy jesteśmy w tym opuszczeniu naszego serca jakby sierotami, a zwłaszcza zakonnicy, którzy opuściwszy ojca i matkę, poszli w tym doczesnym życiu za Chrystusem, aby zamienić miłość naturalną na nadnaturalną i za ofiarę serca z uczuć ziemskich osiągnąć kiedyś pełność miłości w Bogu.

(...) Maria, Decor Carmeli! Ileż to w tym imieniu i tytule brzmi przecudnych tonów, jak ściśle łączy się ta najpiękniejsza w Palestynie góra z najpiękniejszym imieniem na świecie? Na tej to górze pierwszą cześć odbiera Niepokalana Dziewica, na szczytach Karmelu pierwsze Jej dobrodziejstwa, i jakby z łona tej góry wychodzą pierwsi czciciele Maryi, Karmelici, Zakon Maryi, Ordo Mariae, którego członkowie dla szczególniejszej czci, jaką mieli dla Matki Boga, nazywani byli powszechnie: Braćmi Maryi z Góry Karmel.

Zakon karmelitański uważa św. Proroka Eliasza za swego Fundatora; on to bowiem rodzajem swego życia i modlitwy, apostolstwa i gorliwości o dusz zbawienie, a przede wszystkim przez widzenie Najświętszej Dziewicy na Górze Karmel, założył fundament tego powołania i życia, jakie Karmelici prowadzą. Znane jest to widzenie Eliasza. Oto, kiedy siedemkroć na Górze Karmel modlił się w czasie posuchy o deszcz, mała chmura, jakby stopa człowiecza, wychodziła z morza a następnie stała się chmurą wielką i napełniła ziemię, spuszczając deszcz obfity, tak, że szum ulewy słychać było z daleka. Ojcowie święci widzą zgodnie w tej chmurce podnoszącej się z morza, figurę Najświętszej Dziewicy Maryi, która z gorzkich wód tego świata podnosząc się wolna od grzechu i Niepokalana, jako lekka chmurka niebieską rosą łaski zwilżyła całą ziemię, dając światu Zbawiciela. Tak to święty Eliasz w tej chmurce Karmelu pierwszy uczcił Matkę Boga, która wzięła w swe posiadanie tę najpiękniejszą w Palestynie górę, stając się przez to samo najpiękniejszą tej góry Ozdobą, Decor Carmeli.

Ten to znak Dziewicy na pewno mieli przed oczyma chrześcijanie apostolskich czasów, mieszkańcy Karmelu i pierwsi ery chrześcijańskiej Karmelici, którzy na Karmelu wznieśli na cześć Maryi kaplicę i tam schodząc się siedem razy dziennie, na wzór Proroka Eliasza siedemkroć w psalmach i hymnach pozdrawiali Najświętszą Dziewicę. W ten sposób Maryja utwierdziła swą siedzibę na Górze Karmel i stąd cześć tej Królowej i Ozdoby Karmelu roznosili święci Karmelu pustelnicy na wschodzie, szerząc ją i broniąc nie tylko sposobem swego życia, ale także gorącym słowem. Kiedy zaś, w następstwie zmienionych przez napady muzułmańskie warunkach, pustelnicy odosobnione po jaskiniach życie zamienili na sposób życia cenobicki, to jest na wspólne życie w klasztorach, nie zmienili przecież czci Maryi. Św. Brokard, który od św. Alberta, patriarchy jerozolimskiego, otrzymał regułę na wspólne życie, umierając, jako testament wszystkim Braciom Maryi z Góry Karmel zalecił: „Synowie, Bóg wybrał i powołał was do zakonu pustelniczego; z Jego łaski szczególniejszej nazywamy się Braćmi Maryi. Baczcież tedy, abyście po mojej śmierci tego tytułu na próżno nie nosili. Trwajcie w dobrym, gardźcie światem i jego bogactwami, a życie wasze na wzór Maryi i Eliasza ułóżcie”!

Zrosła się, więc cześć Maryi z Karmelem: chmurka ta niegdyś mała, rozrosła się tak dalece, że nie tylko cały Wschód napełniła niebiańską rosą kontemplacji, i cnót Maryi, ale przeniosła się niebawem na Zachód, strumieniami zbawczego deszczu zraszając i użyźniając wszędzie, gdzie przeszła. Wskutek bowiem napadów mahometan na Ziemię Świętą i prześladowań przez nich życia zakonnego, Karmelici, nie mogąc spokojnie przebywać w swych klasztorach, przenieśli się z Palestyny do Europy. I tu Maryja okazała im szczególniejszą swoją opiekę. Niebezpieczeństwa bowiem poczęły zagrażać Zakonowi w nowych siedzibach. Nie ustawały jeszcze prześladowania od zewnątrz; wtargnęły również do winnicy Karmelu niebezpieczeństwa wewnętrzne. Widział to wielki czciciel i sługa Maryi, generał Zakonu, św. Szymon Stock, i bolał nad tymi uciskami i nad pewnymi oznakami rozluźnienia życia zakonnego wśród braci. Czynił wszystko, by temu zapobiec, całą ufność położył w Matce Najświętszej, modląc się gorąco, aby Ona szczególniejszym jakimś znakiem zasłoniła zakon przed niebezpieczeństwami. Prośby i umartwienia w tym celu płynęły do Matki dniem i nocą. I oto Maryja ukazując się swemu wiernemu słudze, dała na ręce jego i przez niego całemu Zakonowi „Znak zbawienia” i „Znak braterstwa” – Szkaplerz św., aby wszyscy nim odziani, żyjąc w czystości i z dala od zepsucia świata, zapewnili sobie przez miłość Maryi życie wieczne.

Tym to znakiem Szkaplerza św. Maryja zaznaczyła swą królewską nad Karmelem opiekę, i odziała go nowym blaskiem, a przez Szkaplerz spokrewniła z Karmelem nieprzeliczone rzesze wiernych, którzy tę sukienkę świętą przywdziali z rąk sług Maryi, pewni że Maryja nie zostawi ich sierotami, lecz, jak to sama przyrzekła, otoczy ich macierzyńskim sercem za życia i po śmierci pamiętać będzie o nich, w pierwszą sobotę wprowadzając ich z czyśćca do nieba.

Po dwu jednak wiekach, duch pierwotnej gorliwości zakonnej ostygł w Karmelu. I wtedy nie opuściła swego Zakonu Maryja. Ona to, Królowa i Ozdoba Karmelu wybrała Dziewicę z Avila, jej poddała myśl odnowienia podupadającego Karmelu i obudzenia w nim życia, to jest przede wszystkim miłości do Maryi. (...)Teresa wiedziała bowiem, że gdy miłość Maryi odżyje, Karmel wróci do pierwotnego blasku i piękności, że w nim przez Maryję odnowi się duch modlitwy, umartwienia i apostolstwa.

(...) W naszych zaś czasach, zagubionych duchowo, zepsutych moralnie, obojętnych na piękno życia nadprzyrodzonego, Maryja posyła tak Karmelowi, jak i światu całemu, swój kwiat nadobny z Karmelu – uroczą dziewicę, świętą z Lisieux, małą Teresę od Dzieciątka Jezus. I to dziecko Karmelu, dziewiczym głosem śpiewa cześć Maryi; (...) i ona to rzuca kwiaty z Karmelu pełne woni modlitwy, prostoty i apostolstwa i miłości do Maryi, a rzuca je z taką miłością i wdziękiem, że serca najwięcej zamknięte otwierają się i spoglądają z serdeczną miłością na Tę, która jest więcej „Matką niż Królową” i wołają razem z Teresą: O jakże kocham Dziewicę Maryję!

Jest więc Maryja ozdobą Karmelu. Dała zakonowi swe imię, dała opiekę przedziwną, dała swą sukienkę łaski, Szkaplerz święty, dała swoje życie modlitwy, ofiary i apostolstwa w ratowaniu dusz, da zaś na pewno sługom swoim Syna swego, jako nagrodę wiekuistą. Po tym wygnaniu okaże nam błogosławiony owoc żywota swego, aby, jak prorokował o nim Izajasz, piękność Karmelu spłynęła przez Matkę na Syna: Data est ei Decor Carmeli... daną mu jest Ozdoba Karmelu.

Wszystkie zaś dzieci Karmelu, co czynić mają dla swej Królowej i Ozdoby? Tak jak Eliasz rozmyślać Jej piękno w kornej modlitwie, tak jak Teresa od Jezusa oddać Jej klucze własnego serca, tak jak Jan od Krzyża pod Jej kierownictwem wstępować na szczyty Karmelu, by na nich umieścić triumf krzyża, tak jak Teresa od Dzieciątka być wiosennym kwiatem Maryi, tak wreszcie żyć i działać, aby cnoty dzieci były również ozdobą „Królowej Karmelu”! Uproś to dzieciom twoim: „Regina, Decor Carmeli”! – „Królowo, Ozdobo Karmelu”!

Regina, Decor Carmeli. Fragmenty. Zob. w: GK 1 (1927) 38-43.