
W archiwalnym albumie sióstr karmelitanek Dzieciątka Jezus uwagę przyciąga fotografia o. Anzelma wykonana w Łodzi 18 lipca 1969 r., a więc na niespełna trzy miesiące przed śmiercią o. Założyciela. Na zakończenie kapituły generalnej specjalnej, podczas której – zgodnie z zaleceniem Soboru Watykańskiego II – karmelitanki Dzieciątka Jezus rewidowały swoje Konstytucje, przybył do klasztoru na Złocieniową Ojciec Założyciel. Jako podziękowanie za modlitwy, cierpienia i opiekę nad Zgromadzeniem w tak ważnym wydarzeniu, siostry ofiarowały Ojcu bukiet róż. Jednakże o. Anzelm zaraz rozdał siostrom te kwiaty – po jednej roży każdej.
Kronikarka zanotowała, że wspólne zdjęcie zrobione na zakończenie obrad jest dowodem, jak Ojciec Założyciel wspaniale czuł się tego dnia, był rozradowany, z kwiatami, „młodszy” co najmniej o kilkanaście lat... Cieszył się, że „nie popsułyśmy” Konstytucji.

Pożegnanie współbraci kwiatami
15 października 1969 r. - w dniu swojej śmierci, podczas ostatniej rekreacji, Sługa Boży wymownym gestem miłości i radości obdarzył swoich współbraci. Zaświadcza o tym kronika łódzkiego klasztoru Ojców Karmelitów bosych:
„Zbliżał się koniec rekreacji. Zbliżyliśmy się ku alejce prowadzącej w stronę klasztoru. Stał tam o. Anzelm i trzymał w rękach trzy kwiatki zerwane z pobliskich krzaków chryzantem. Kiedyśmy się do niego zbliżyli zaczął się z uśmiechem pytać, kto z nas jest najgrubszy. Najgrubszym miedzy nami był o. Władysław [Kluz]. Wskazaliśmy oczywiście na niego. Wyciągnął kwiatek i powiedział: no to masz najmniejszy. Następnym byłem ja, więc dostałem średni, najszczuplejszy był o. Faustyn i dostał największy. Oczywiście kwiaty były prawie jednakowej wielkości, bo były to jedynie same ich korony, trochę się uśmialiśmy i podziękowaliśmy.
Ojciec Anzelm odszedł w stronę klasztoru, a my jeszcze dwa razy przemierzyliśmy aleję, trzymając swoje kwiaty w rękach i bawiąc się nimi. Czy mi przychodziły jakieś myśli do głowy? Chyba nie. Zostało tylko przyjemne wrażenie z tego miłego wydarzenia. Nikt z nas nie wiedział, że to było ostatnie spotkanie z nim i ostatnie żywe spojrzenie na jego twarz, łagodnie uśmiechniętą” (Kronika, s. 657).
Gdy za chwilę, po zakończeniu rekreacji, Sługa Boży o. Anzelm na czas ścisłego milczenia udał się do swej celi zakonnej, by nieco odpocząć – przyszedł po niego Pan…
A może przyszło samo Dzieciątko Jezus, które przez całe życie kochał i z którym rozmawiał w bezsenne noce cierpienia? A może przyszło Ono w towarzystwie św. Matki Teresy od Jezusa, Reformatorki Zakonu? Bo to był jej dzień w Karmelu, na godzinę przed Nieszporami ku jej czci.
Ojciec Anzelm nadal rozdaje kwiaty
Jedna z sióstr stwierdza:
„Całe jego życie w Zakonie, to „rozdawanie kwiatów”: dobrego słowa, uśmiechu, rady, zachęty i pouczenia” (s. Assumpta, Wspomnienia).
Dziś również sięgamy po jego słowa, gdy wczytując się w jego pisma, przyjmujemy do serca jego myśli, będące świadectwem miłości, pełne światła i mądrości, przeżytego doświadczenia obecności Pana Boga w swoim życiu. Ciągle nas uczy, wskazuje drogę Bożego dziecięctwa, rzuca je pod nasze stopy, jak światło, jak kwiaty…
„Pociechy są i krzyżyki są. Ale pociechy są jak kwiatki i pięknie kwiatom i z kwiatami i w chorobie i na grobie i na ołtarzu. Każdy krzyż i ofiara ma swój „kwiatek”. Patrz z uśmiechem na kwiatki… [wtedy i] krzyż będzie lżejszy”(Do m. Georgii, Czerna, 14 VI 1949).
„Kwiatków sypać nie chcę, bo one więdną, życzę natomiast tych skarbów, których woda nie zabierze, ogień nie spali, mól nie zgryzie, które się procentują w tym życiu, a wypłatę z nadwyżką otrzymują w przyszłym” (Do m. Georgii, 18 IV 1959).
Opracowała: s. Konrada


(...) Cóż to za światło i co za regułę przynosi mała Teresa? Przynosi to, czym sama jest. Oto ta pokorna 24-letnia dziewica, która piętnaście lat przeżyła na świecie, a dziewięć pomiędzy surowymi murami Karmelu w Lisieux, przynosi skarby swej maleńkości: prostotę i szczerość. Potrzebuje dziś świat, woła na jej widok Ojciec Święty, potrzebuje światła, aby mógł być dobrze rządzony i kierowany. Cóż to jest, to światło? Prostota sprawiedliwych, stąd Pismo mówi: Prostota sprawiedliwych będzie kierowała nimi (por. Prz 11, 3). Tę wielką, zapomnianą cnotę, niesie Teresa. Ona, Teresa, nazywa się maleńka, bo małymi drogami, dziecięcymi prawie krokami, dochodzi do najwyższej doskonałości. Wskazuje, że nie wielkie drogi ceni pokorny, nie wielkie myśli i wykonania, ale małe drogi, proste plany, szczere myśli prowadzą do szczęścia.
Przebiegnijmy krótko jej żywot. (...) Urodziła się w 1873 r. Otoczona kochającą atmosferą rodzinną – miała świętych rodziców i światłe rodzeństwo. Kochana najwięcej, jako najmłodsza, wychowana była jak kwiatek, aby się nie zwarzyła i dusza jej w niczym nie ucierpiała. We wczesnym dzieciństwie straciła matkę, był to cios dla jej dziecięcej duszy, szczegóły tej śmierci później opisuje żywo, choć była wtedy czteroletnim dzieckiem. Zostawiła ta śmierć bardzo głębokie ślady w jej usposobieniu, stała się nader poważna. Ojciec, zacny i święty, zajął się jej wychowaniem; a szczególnie pierwszymi krokami kierowały jej starsze siostry – Marynia i Paulinka, obydwie później karmelitanki – i zaszczepiały w jej duszy gorącą pobożność i wstręt do grzechu. Pierwszym wyrazem, który nauczyła się czytać było niebo. Szczególniejszą miłością kochała Matkę Najświętszą. Największą jej radością było sypać kwiatki przed Najświętszym Sakramentem. Pierwsza jej spowiedź, w której spowiednik polecił jej kochać Matkę Najświętszą, zostawiła głębokie przerobienie jej duszy. W tym czasie Paulinka, jej siostra, wstąpiła do Karmelu, a ona, nie mogąc z nią być razem, odchorowała tę rozłąkę.
Cudownie uzdrowiona przez uśmiech Matki Najświętszej, która się jej ukazała, gotuje się do Pierwszej Komunii świętej przez rekolekcje. Była to uczta naprawdę święta, w której jej dusza połączyła się po raz pierwszy z Boskim Zbawcą. Łzy radości, szczęścia towarzyszyły jej cały dzień. Od tego czasu, jak mogła, najczęściej przystępowała do Komunii świętej. Czuła to dobrze, że ją Pan Jezus chce mieć wyłącznie; już wtedy zaczęła się ćwiczyć, szczególnie w miłości bliźnich, dając jałmużnę i modląc się za biednych. Rosła czysta, jasna jak lilijka w gronie domowym, z natury nieśmiała, jakby niepewna siebie, w rodzinnym kółku czuła się najszczęśliwsza.











You must be logged in to post a comment.